16 września 2026

Pani filolog wybiera pracę w oborze

Skończyła studia filologiczne i przez kilka lat pracowała w międzynarodowych korporacjach. Dziś odwiedza gospodarstwa w całej Polsce i przejmuje nad nimi opiekę pod nieobecność gospodarzy. Aleksandra Miguła to jedna z trzech oficjalnie działających mobilnych dojarek w kraju.

— Kiedy zakładałam firmę, w urzędzie pracy mieli wątpliwości, czy z dojenia cudzych krów da się w ogóle utrzymać — mówi w rozmowie z Onetem Aleksandra Miguła, założycielka firmy Milk&Drive. Jak to się stało, że filolożka znająca cztery języki obce rzuciła dobrze płatną pracę w korporacji i postanowiła zajmować się gospodarzeniem?

— Codziennie rano mieliśmy krótką odprawę. Liderka mobilizowała nas do wysłania większej liczby maili do klientów. Trudno było mi się odnaleźć. Stałam z przyklejonym czołem do wielkiej szyby na siódmym piętrze, patrzyłam w dół i myślałam: „Co ja tu robię?”. Do dziś nie rozumiem sensu tej pracy. Zrobiłam mały rachunek sumienia: miałam 28 lat i wiedziałam, że w żadnym biurze dłużej nie pociągnę — odpowiada.

Aleksandra Miguła zapisała się do dwuletniego policealnego technikum weterynaryjnego. Naukę dzieliła z wychowaniem dziecka, a jej znajomi pukali się w czoło. Trudno było im zrozumieć, dlaczego z dyplomem uczelni wyższej wybrała pracę w oborze.

Chciałam czuć, że robię coś prawdziwego, namacalnego

Doić krowy nauczyła ją babcia, kiedy miała cztery lata. Spędzała u niej każde wakacje. Pierwszą pracę po uzyskaniu dyplomu otrzymała w Ośrodku dla Osób Niepełnosprawnych w Borowej Wsi pod Mikołowem. Były tam krowy i byki. Aleksandra pomagała osobom z niepełnosprawnością intelektualną w ergoterapii, czyli terapii przez pracę.
— Byliśmy półzootechnikami, półterapeutami. Tam pierwszy raz dotknęłam dojenia, obrządku, wyrzucania obornika, opieki nad cielętami. To było to! Po dwóch latach uznałam, że jestem gotowa na coś większego. Zatrudniłam się w wielkim PGR-ze na 230 krów w doju — opowiada.

Praca jej marzeń

O istnieniu mobilnych dojarzy Aleksandra dowiedziała się przez przypadek od znajomych rodziny. Wówczas takie usługi oferowało kilku mężczyzn na Podlasiu. Od razu pomyślała, że to może być praca jej marzeń. Był początek 2021 r.
— Siedzieliśmy w pokoju z przyjaciółmi przy piwie. Nagle wypaliłam, że otwieram firmę. Wzięłam telefon i założyłam stronę internetową: „Mobilny dojarz — profesjonalne usługi udojowe” — opowiada ze śmiechem.
Po kilku dniach rozdzwoniły się pierwsze telefony. W pierwszym roku działalności miała już sześć stałych zleceń. I stopniowo przekonywała do siebie kolejnych gospodarzy.

W branży mobilnego dojenia działa w Polsce niespełna dziesięć osób, z czego zarejestrowane są zaledwie dwie lub trzy z nich.
— Osób, które próbują to robić, jest w całej Polsce ok. dziesięciu. Większość działa po koleżeńsku, dorabiając do wypłaty. Ja od razu napisałam biznesplan i poszłam po dotację na rozpoczęcie działalności. Kiedy zakładałam firmę, w urzędzie pracy mieli wątpliwości, czy z dojenia cudzych krów da się w ogóle utrzymać — mówi rozbawiona.

Jej biznesplan zakładał zarobki w granicach 15 tys. zł miesięcznie i udaje jej się go wciąż realizować. — Gdybym miała zarabiać mniej, rzuciłabym to w cholerę. Przecież nie ma mnie w domu przez całe tygodnie, dziecko niemal wychowują dziadkowie, żyję w ciągłej rozjazdowej delegacji — zauważa.
więcej

Więcej:

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/siedzialam-w-biurze-i-myslalam-co-ja-tutaj-robie-dzis-ola-doi-cudze-krowy/gh18fph,79cfc278

Zaloguj się

Zarejestruj się

Reset hasła

Wpisz nazwę użytkownika lub adres e-mail, a otrzymasz e-mail z odnośnikiem do ustawienia nowego hasła.